Menu

Pamiętnik wywrotowca

Nic mnie nie zdziwi - ale nadal wiele może wkurzyć

CZEGO POTRZEBA W POLSKIEJ SZKOLE?

wesoly_terrorysta
Może partyjki szachów? Warcabów? Pokera? A tak serio?

Nie tak dawno dowiedziałem się o szczytnej inicjatywie obywatelskiej. Oto zbierane są podpisy pod projektem ustawy o obowiązkowej nauce szachów w szkole. Według pomysłodawców ma to uczyć dzieci strategicznego myślenia, planowania i tego wszystkiego, co może im się przydać w późniejszym życiu. Według przeciwników - nauczy to je jedynie gry w szachy.

To miłe, że ktoś dostrzega potrzebę zmian w polskim systemie nauczania. Świetnie, że cała ta akcja organizuje się od dołu, od strony obywateli. Ale zastanówmy się, czy nauka szachów jest faktycznie tym, co jest najpotrzebniejsze? Nie. Warto byłoby się skupić na czymś innym, a naukę szachów zostawić rodzicom i dziadkom. Ewentualnie stworzyć pozalekcyjne kółka zainteresowań.

Uważam, że zmiany w szkolnictwie są konieczne. I nie chodzi tylko o odpłatność za studia, o czym już kiedyś pisałem. Trzeba zmienić cały model nauczania, poczynając od szkół podstawowych - ocenianie ucznia, przedmioty, współpraca ucznia z nauczycielem. Podejrzewam, że żaden rząd nie odważyłby się wprowadzić takiej reformy - a szkoda. Bo tak się składa, że bez zdecydowanych działań na nasze emerytury będą pracować jedynie zwykłe korpo - klony i pracownicy fizyczni, natomiast jednostki wybitne (o ile dadzą się odkryć) będą się cieszyć z możliwości rozwoju za granicą.

Co więc trzeba zmieniać?

Pierwszy krok we właściwą stronę został już - o dziwo - poczyniony. Na maturze przywrócono obowiązkowy egzamin z matematyki. Mnie osobiście, jako pasjonata liczb, taka decyzja cieszy. Ale smuci mnie to, co słyszę o poziomie tego egzaminu. Podobno poziom nauczania matematyki jest żenująco niski. a przecież to podstawa logicznego myślenia, język zrozumiały na całym świecie - ba, nawet we Wszechświecie (wystarczy spojrzeć na konstrukcję naszych przesłań do kosmitów). Tylko dzięki matematyce będziemy w stanie wykształcić przyszłych inżynierów - konstruktorów, architektów, informatyków. Ludzi, którzy mogą przyczynić się do rozwoju Polski. Oczywiście - można się bać, że przyjdzie zły obcy kapitał i zabierze naszych najlepszych do siebie. Ale teraz, gdy zabierani są najlepsi, okazuje się, że niewiele osób zostało na miejscu. Tymczasem potrzebne jest stworzenie kadr, które będą mogły pracować w Polsce pomimo nieuchronnego odpływu ludzi za granicę. Ale tego nie da się osiągnąć poprzez traktowanie matematyki po macoszemu. Obecnie polskie szkoły produkują tabuny nowoczesnych "humanistów" (kiedyś humanistą nazywano osobę wszechstronną, dziś to ktoś, kto nie umie matematyki), zamiast zarażać młodzież pasją do matematyki. Zamiast szturmować politechniki, maturzyści wybierają policealne kursy marketingu i zarządzania, szumnie zwane studiami. Może, gdyby każdy obywatel wiedział nieco więcej o "królowej nauk", nie miałby problemów z obliczaniem podatków, kalkulowaniem, czy opłacają mu się raty 0%, albo gdzie inwestować pieniądze. Matematyka to klucz do sukcesu.

A za tym kluczem idą wszelkie nauki przyrodnicze, takie jak biologia, fizyka czy chemia. Dzięki nim w naszym kraju kolejne osoby mogą stawać się inżynierami i naukowcami. Czyli ludźmi, którzy budują współcześnie wysoko rozwinięte społeczeństwa. To już nie jest kwestia filozofów czy poetów. Dziś trzeba umieć przykręcić śrubkę i obsługiwać komputer, aby być docenianym na świecie.

Jednak sama teoria nic nie da, jeśli nie przekujemy jej w praktykę. W tym wypadku - w praktykę biznesową. Jeżeli chcemy mieć w przyszłości polska Nokię czy Skype, to nie wystarczy genialny inżynier. Potrzebny jest inżynier, który będzie umiał sprzedać swój pomysł milionom. Póki co - polscy inżynierowie znakomicie potrafią się sprzedawać (nie czynię im z tego tytułu zarzutów!) - ale to nie to samo. Dlatego potrzebna jest nauka przedsiębiorczości. Tutaj jednak musze poczynić dwie uwagi:

  • taki przedmiot już jest w polskich szkołach - ale ponoć przypomina bardziej podstawy ekonomii, niż przedsiębiorczość,
  • przedsiębiorczości nie można nauczyć.

Co więc miałyby to być za zajęcia? Coś, co Robert Kiyosaki nazwałby "kształceniem inteligencji finansowej". Umiejętność dostrzegania okazji, reagowanie na zmiany rynkowe, dążenie do wolności finansowej i - przede wszystkim - szukanie frajdy w tym, co się robi. Tak, aby nasz przyszły geniusz wiedział, że założenie własnej firmy może mu się tylko opłacić.

No i od czasu do czasu można na takie zajęcia zaprosić praktyka!

Kolejny krok to lekcje efektywności. W przeciwieństwie do przedsiębiorczości - nie mówimy tu o kształtowaniu żadnego instynktu, a raczej o przyswojeniu kilku podstawowych zasad. Efektywność w domu i zagrodzie miejscu pracy, organizacja czasu, techniki szybkiego czytania i zapamiętywania - to nic trudnego. A może się przydać w przyszłości. A jeżeli jeszcze przełoży się to na przyszłą efektywność polskich pracowników - pomyślcie tylko, jakie perspektywy to przed nami otwiera! A dodatkowo zajęcia (może niekoniecznie osobne, można to wpleść w naukę innych przedmiotów) wykorzystujące to, co dziś jest spotykane tylko na wychowaniu fizycznym I to z rzadka. Mianowicie - praca zespołowa. Szkoła nie uczy tego, na czym opiera się w większości dziś życie zawodowe. W szkole promuję się postawę wyścigu szczurów, zapominając, że to pracą grupową współczesny świat stoi.

A skoro już jesteśmy przy tzw. "umiejętnościach miękkich" - może warto uczyć... samej nauki? Jak poszukiwać wiedzy, jak weryfikować docierające do nas informacje, jak kwestionować to, co mówią nam nauczyciele - kompletnie różne od dzisiejszego zakuwania encyklopedii, bo "pani kazała". Ale może dzięki temu uda się nieco rozwinąć skrzydła przyszłym pokoleniom?

Dochodzimy do takich przedmiotów jak plastyka, muzyka, WF czy ZPT. Kiedyś uważałem, że powinny być to przedmioty nieobowiązkowe, nie zaliczane do średniej ocen. Ale wynikało to tylko z mojego przeświadczenia, że te przedmioty od wieków na wieki wieków będą premiować talent. Tymczasem powinny one WYŁAWIAĆ talenty, natomiast premiować starania czy (podstawową nawet) wiedzę. Bo jak można komuś postawić dwójkę za to, że pobiegł wolniej od kolegi - albo że fałszuje przy "Lulajże Jezuniu" na flecie? A przecież tak to od zawsze wyglądało.Tony niepotrzebnego stresu i zniechęcenia - często pomimo możliwości. To, co jednego dzieciaka zmotywuje do ćwiczenia, innego odrzuci już na starcie. Niestety, szablon jest, jaki jest, a jeśli ktoś do niego pasuje - tym gorzej dla niego.

Rzućmy teraz okiem na dwa przedmioty tzw. "humanistyczne" - historię i język polski. O języku obcym nie wspominam, bo to podstawa - i tu akurat nic nie można zarzucić. Natomiast historia - to, moim zdaniem, porażka. Po co komu wiedza o greckich kolumnach albo władzy faraona. I czemu akurat te fakty, a nie na przykład władza szoguna i piramidy Majów? Historia powinna pokazywać ciąg przyczynowo - skutkowy, wyrabiający w uczniu logiczne myślenie. I zabezpieczający naszą przyszłość - ludzie wiedzący, następstwami jakich błędów były wielkie tragedie, będą mniej skłonni popełniać je w przyszłości. Jeśli ktoś będzie umiał wyciągnąć wnioski z uchwalenia Konstytucji 3 Maja - i dostrzeże nawet tylko średniofalowe skutki - to taki ktoś może spokojnie decydować o losach kraju w Sejmie. Nie tak, jak dzisiejsi wybrańcy, którzy wiedzą, że dzwonią, ale nie wiedzą, komu bije dzwon.

Do nauki języka polskiego - poza tym, że powinna rozwijać miłość do książek i nie ograniczać uczniów do ustalonych z góry opinii (że Słowacki wielkim poetą był, albo tłumaczenie - autentyczny temat wypracowania, jakie zadano mi w podstawówce - dlaczego podoba nam się "Akademia Pana Kleksa" - czyli "Kto jest twoim idolem i dlaczego właśnie Lenin") - zastrzeżeń nie mam. Ale - gdy tak patrzę na polski i historię - przychodzi mi do głowy pomysł na jeszcze jedne zajęcia. O których kiedyś chyba myślał Roman Giertych (nie myślałem, że będę mógł jakoś przyznać mu rację).

Chodzi mi o naukę - czy też raczej uświadamianie - patriotyzmu. Leczenie naszych narodowych kompleksów, pokazywanie naszej wielkości, oduczanie od bezmyślnego krytykowania wszystkiego, co znad Wisły. Szacunek do flagi nie tylko przy Małyszu i Kubicy, ale codziennie. Od rana - do wieczora. Pokazując młodym (tylko nie pytajcie mnie "jak" - moja głowa tego jeszcze nie ogarnęła), że bycie Polakiem jest, krótko mówiąc, fajne, mamy większe szanse, że ten logicznie myślący, historycznie świadomy, przedsiębiorczy i efektywny inżynier faktycznie zechce zostać i działać w Polsce. O ile Polska mu nie będzie przeszkadzać.

Ale to już osobna kwestia.

Komentarze (27)

Dodaj komentarz
  • szpiegowsky

    hm, co do matematyki się zgodzę.
    generalnie matematyka to podstawa.

    i też się zgodzę z historią- że to powinien być bardziej ciąg przyczynowo-skutkowy.

    ale i tak pewne wiedza ogólna jest konieczna.
    przeraża mnie to, że potem ludzie zadają pytania, a co to jest ostracyzm, a makbet i takie tam...

    pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie przewidzieć: i mnie np. słynną historią wojen zaraziła pewna kobieta, w której wykonaniu lekcje historii były mniej niż interesujące.
    a jednak gdzieś kiedyś tam, udało jej się mnie zainteresować.

  • Gość: [slawkas] *.abnqu2.dynamic.dsl.tele.dk

    Według mnie zdecydowanie brakuje w szkole nauki organizowania sobie pracy oraz zarządzania swoimi finansami. To ostatnie było dawno temu w programie, jak mi się wydaje. Jedną z moich ulubionych książek są "Tablice matematyczne, fizyczne i chemiczne iastronomiczne", taki stary podręcznik do liceum. W nim są jeszcze talblice procentów składanych!
    Choćby cyt. z tablicy IX:
    Kapitał a oddany na procent składany p% rocznie wzrasta po n latach do wysokości An = a x r(do pot. n), gdzie r = 1 + p/100. Mając An, r i n oblicza się a według wzoru a= An x r (do pot. - n) itd.!!
    Nie chce mi się szukać sposobu na zapisanie wzorów na bloxie, ale to nie ważne teraz. Ludzie, to jest szkolny podręczni z głębokiej komuny, 1976, ja już się o tym nie uczyłem, a kto dzisiaj wie o czym tu się mówi? Nie ma mowy, żeby to był przypadek, zdrzaźniłem się teraz. Uczy się w szkole pierdół, tylko nie tego, żeby ludzie szerzej mieli umijętności zdobycia w życiu niezależności. Dojne krowy mają być, obrońcy klimatu i znawcy żydowskiej martyrologii. A drugi przypadek to moja córa w PRZEDSZKOLU. W starszej grupie dostaliśmy wykaz zajęć, a tam stoi jakieś APV. Ni okazyjnie, tylko 1-2 razy w tygodniu. Pytam wychowawczyni, co to za cholera. A ta się na mnie patrzy jak na kosmitę i "arbejdsplads vurdering" mi mówi. 6-latki w przedszkolu się uczą, jak sobie organizować miejsce pracy... Ilu dorsłych u nas wie, na co zwrócić uwagę, jak podnieść swoją efektywność i szanować zdrowie?

  • wesoly_terrorysta

    @szpiegowsky: ale ja nie neguję potrzeby przekazywania wiedzy ogólnej! Ja tylko twierdzę, że przekazujemy jej zbyt wiele, kosztem wiedzy życiowej. I to się będzie odbijać czkawką. Już się odbija - a będzie coraz gorzej.

    @Slawkas: i po co się irytujesz? Zen...
    "Tablice matematyczne, fizyczne, chemiczne i astronomiczne" chyba gdzieś miałem w domu...ale ja sam korzystałem z nowego wydania "Tablic matematycznych" - takie kolorowe, ale było tam wszystko. Procent składany chyba miałem w liceum, a potem oczywiście na studiach. I dziś nie założę lokaty, jeśli sobie nie obliczę stopy efektywnej.
    W liceum tylko całek nie miałem, przez co cierpiałem na studiach (i do dziś całek nie umiem, nie rozumiem, wstydzę się tego i jest mi z tym źle). Anyway - ja wiem, o czym Ty mówisz, więc poczytuję to sobie jako plusa:)
    APV - genialne. Nauka czegoś takiego we wczesnym dzieciństwie może w przyszłości tylko procentować. W sumie też o tym pisałem, ale nie pomyślałem, że można tego uczyć już takie maluchy!
    Ale co my tu...bajamy sobie, tworzymy reformy, a te pacany na górze i tak maja to w dupie. A jak się zbiorą jacyś społecznicy, to wyjeżdżają z szachami albo dodatkowymi lekcjami WF.

  • szpiegowsky

    eno, tablice są super!
    obawiam się,że teraz co najmniej 80% luda nie ma pojęcia co to w ogóle jest.
    ani tymbardziej jak z tego wynalazku korzystać...

    ja niestety też całek nie miałam: i żałuję.
    a zawsze bardzo chciałam umieć całki. bo rachunek prawdopodobieństwa jakoś nigdy do mnie nie przemawiał.
    generalnie matematyka to moja wielka słabość. w ogóle jedną z rzeczy, której wybitnie żałuję, to to, że dałam się namówić do rezygnacji z technikum.

    ( po pierwszej klasie LO zorientowałam się, że ogólnie to raczej nie dla mnie, bo ogólnie siebie nie widzę i wydumałam sobie, że koniecznie muszę pójśc do technikum (budowlanego) i to tak, żeby nie starcić roku.
    czyli z zaliczeniem przedmiotów zawodowych.
    do dzisiaj gdzies u mnie leży podręcznik do matematyki dla studentów uczelni technicznych, i co jakiś czas wyciągam sobie, i rozwiązuję zadania.

    zamiast szachów proponowałbym logikę.
    tak po prostu i zwyczajnie.
    bo logika na studiach to za późno, i za mało.

    a, i zupełnie na koniec dodam, że oprócz readerów do ebooków,
    swego czasu w telefonie miałam program z tablicą mendelejewa.
    chemia nigdy wielką mą sympatią nie była, ale głupio pewnych rzeczy nie wiedzieć...

    APV: pomysł genialny.
    bo mnie przerażają czasem dzieci znajomych: zabrać im komputer i tv, i już się nudzą i nie mają co robić...
    niby taka banalna sprawa: każ dziecku, żeby samo wymyśliło sobie zabawę, jakieś zajęcie, cokolwiek...
    i jakie efekty długofalowe! najpierw nauka samodzielności, organizacji zabawy- i własnie miejsca pracy- aż do efektywnego wykorzystywania czasu.

  • Gość: [Matriks] *.home.aster.pl

    Nauka szachów w szkole - czemu nie
    Nauka przedsiębiorczości - jak najbardziej, w pełni popieram
    Matematyka - pewnie, że tak
    ... dodałbym jeszcze półobowiązkową łacinę, rodzicom otłuszczonych dzieci ograniczał prawa rodzicielskie itp.
    ... ale, za Boga nie zrozumiem, po ch.j komu historia tańca czy tym podobne pierdoły.

    Wracając do matematyki, zraził mnie do niej gostek w liceum... który uczył, ale chyba nie rozumiał :) Pamiętam, że kiedy dochodziłem do rozwiązania, jakąś na szybko wymyśloną metodą, gościu patrzył i widać było pustkę w jego oczach.

  • Gość: [slawkas] *.abnqu2.dynamic.dsl.tele.dk

    Wf proszę się nie czepiać. Jest go za mało, nie ma odpowiedniej bazy i przede wszystkim nie ma komu poprowadzić zajęć. W najmłodszych klasach to dla mnie najważniejszy przedmiot. Większość ograniczeń w przyszłości ma swoje źródło w niedocenianiu fizyczności w wychowaniu dzieci :)

  • Gość: [Beata] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Matematyka - jestem za! chociaz znowu nie wiem po co te pociągi jadą i ja mam wiedzieć gdzie sie miną...
    raz nawet umiałam to rozwiązywać (byłam wspomagającym w klasie szóstej i nauczyłam się!) ale dzisiaj juz znowu nie wiem:(

    Slawkas, w Polsce też sie dzieci uczą organizować miejsce pracy tylko to nie jest nigdzie opisane, ale oceniane tak:)

  • szpiegowsky

    nadal głosuję za logiką.

    a do wuefu się slowem nie przyczepilam.
    chociaż ja się do wf przekonałam dopiero w liceum, kiedy zamiast durnych siatkówek mogłam sobie wybrać jazdę konną. co też szybko uczyniłam...

    jest coś takiego jak historia tańca??

    @wesoły co do falszowania lulajże jeżuniu.
    niech sobie falszują co poniektórzy.
    tylko, że ja yłabym też za weryfikacją ocen.
    niech fałszuje, jeśli słuchu nie ma, ale przecież pozytywną ocenę mimo wszytsko powinien otrzymać taki delikwent za pracę włożoną w przygotowanie się...

  • szpiegowsky

    @beata
    to chyba jakaś różnica pokolen- bo miejsca pracy mnie nie uczono jak byłam dzieckiem.

    a pociagi a i owszem. w ilościach ogromnych.
    do dzisiaj je lubię.
    pamiętacie ten podręcznik do matematyki: i ty możesz zostac pitagorasem?
    lubiłam matematykę, bo we wrześniu jak się zaglądało do tych zadań i pociągów, to włos się jeżył na głowie strasznie.
    a z czasem okazywało sie to wszystko takie jasne i oczywiste ;-)

  • Gość: [Beata] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Szpiegowsky - PRAWDZIWY nauczyciel uczy tego, że na hasło - prosze sie przygotowac do lekcji - dzieci wyciągają piórniki, książki zeszyty, na hasło - "zajęcia plastyczne" - wyciąga z szafki, plecaka odpowiednie przybory, wie że musi sobie nalać wody do kubka jesli ma farby, do śniadania wyciąga serwetki, pamięta kolejność wykonywanych zadań:)

  • Gość: [slawkas] *.abnqu2.dynamic.dsl.tele.dk

    @Beata: Rozumiem, o co Ci chodzi, ale APV jako osobna umiejętność, czy raczej dziedzina wiedzy niemal, wykracza poza prostą dyscyplinę i sprawne przygotowanie do zajęć. Właściwie to leży gdzieś na skrzyżowaniu bhp, zarządzania, znajomości procedur, planowania pracy, działań motywacyjnych, układania relacji międzyludzkich, i czego tam jeszcze.

  • wesoly_terrorysta

    Niesamowici jesteście - człowiek odwróci się na kilka chwil i dostaje tyle komentarzy...miło mi przeogromnie. I jaka ładna, niemoderowana dyskusja:)
    Ale coś się powoli zmieniamy w jakiś blog w stylu feminazistek albo prawicowców - wszyscy się zgadzają, żadnych głosów oburzenia. Może przyciągnąć tu jakieś lewackie albo prawackie trolle, będzie kolorowo?;)

    @Matriks: szachy w szkole - OK. Ale OBOWIĄZKOWE szachy - wykluczone. Jak chcą dzieci uczyć strategii, to równie dobrze można dodać Warcrata II:) I wrzucić Sun Tzu do lektur obowiązkowych (ale to swoją drogą, a nie tylko ten Mickiewicz i Mickiewicz).
    Łacina - raczej fakultatywnie. Ja może patrzę zbyt praktycznie, ale to martwy język, od którego odchodzi się nawet w Watykanie (podobno), mający może jakąś wartość w wymiarze snobistycznego lansu (choć wysokich lotów). Jednak jako przedmiot szkolny ma dla mnie taką samą wartość jak historia tańca. Albo historia we współczesnym wydaniu.
    Ograniczanie praw rodzicom tłuściochów to osobna historia:) Z jednej strony jestem na tak, z drugiej - mocno na nie. Możemy kiedyś o tym podyskutować, może nawet jakaś notkę bym spłodził (jak wyrobię sobie opinię).
    W licku miałem dwoje nauczycieli matmy. Kobitka była sympatyczna, ale nie żyła tą matmą tak, jak facet. Dla mnie on był wtedy bogiem cyfr. Pełen szacunek do człowieka, chęć do nauki i wyzwolenie ambicji (co - ja nie dam rady?) - dlatego tak mnie bolały te całki na studiach...

    @Slawkas: WF - o tym możemy godzinami...zauważ, że drąży się od czasu do czasu w mediach temat "potrzeba więcej godzin WF", ale o matmie czy fizyce już nikt tak nie mówi...moim zdaniem WF może być i codziennie, ale z głową - czyli w dobrych warunkach, z poznawaniem zasad różnych dyscyplin, nauką taktyki i współdziałania. Bo dziś to są to tylko zajęcia na macie - czyli "macie piłkę i grajcie". Dobrze chociaż, że w materii piłki kopanej coś drgnęło - za Orliki Tuskowi należy się (mały) plusik.

  • wesoly_terrorysta

    @Beata: przy stanie PKP zadania o pociągach to konieczność:) Wiedza praktyczna pod każdym względem - tak jak to APV w Danii:)

    @Szpiegowsky: to się nazywało "I Ty zostaniesz Pitagorasem":) Świetne to było - i też miałem takie wrażenie jak Ty, na początku roku:)
    Z ta muzyką to mówimy o tym samym - oceniać za starania. I za wiedzę. A nie za sam fakt fałszowania.
    Jeśli zaś chodzi o WF, to miałem tak samo, jak Ty - ale jeszcze później. Przez podstawówkę i liceum miałem owe zajęcia na "macie" - tylko kopanie i kopanie. Ewentualnie dwadzieścia minut biegu ciągłego (choć to było ciekawsze). Czasem koszykówka, siatkówka, ping-pong, ten taki śmieszny hokej z plastikowymi kijami (bardzo rzadko). Ale zero zasad, zero taktyki. Po prostu - grajcie. Toteż bieganie z tego było dla mnie najciekawsze. Dopiero na studiach, jak mogłem wybrać, to wybrałem karate - i to było super. WF, który relaksował, uczył, bawił. Po dwunastu latach głupiego latania za szmacianką.
    OK, może gdybym kopał lepiej i nie był wybierany do składów na samym końcu, patrzyłbym na to inaczej:) Ale i tak uważam, że WF dzisiaj to jakaś porażka. Może dzieciom służy - mogą się wybiegać. Ale nic poza tym na przyszłość.

  • szpiegowsky

    @wesoły
    nie żebym lubiła mickiewicza, ale od razu suntzu?

    łacina jest fajna, i wcale nie umarta.
    dodam, że są fanatycy łaciny i jest wydawnictwo, które wydaje bestsellery własnie po łacinie.
    dzięki nim mam i kubusia puchatka i harrego pottera właśnie po łacinie.
    harry z zachwycającą stroną bierną.
    watykan, watykanem- ale jak benedykt16 pojechał w pierwszą podróż apostolską do niemiec- to niemieckie koleje wystosowały okolicznościowy list powitalny- własnie po łacinie.
    niech łacina będzie do wyboru, dodatkowa.

    kiedyś były jeszcze sks-y.
    a potem się skończyły, bo jak przestali za te godziny płacić n auczycielom, to nikomu się nie chcialo siedziec za friko.

    u nas wf w podstawowce był monotematyczny- chłopaki tylko grali w piłkę lub kosza, dziewczyny tylko w siatkówkę, od święta jakieś skoki przez kozły itp.
    ale wiesz, w podstawówce to własnie bieganie mnie nudziło :-p

    w kwestii tłuściochów: to problem złozony- nie zawsze jest to kwestia złej diety i bezmyślności rodziców.

    w dalszym ciągu głosuję ZA logiką.
    niekiedy to efekt jakiejś choroby.

  • Gość: [Beata] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Slawkas, na poziomie klasy I (akurat teraz jestem) czytanie instrukcji wykonania pracy plastycznej, wcześniej wpis w zeszyt co muszę zrobić, wcześniej przypomnienie zasad korzystania z łazienki, potem sprzątanie, odkładanie, to właśnie jest TO, tylko w nauczeniu zintegrowanym, które mamy w Polsce jest to element całej edukacji, w której korelacja to wartość nadrzędna:)
    bez wymądrzania się - mówimy o tym samym tylko w Europie to sie ładniej nazywa i jestem pewna u nas w ojczyźnie tez sie tak BĘDZIE nazywało a ja będe musiała po prostu mieć albo nowy podręcznik, albo nowy plan pisać, konspekty itp...

    będę walczyć do końca:)))))

  • Gość: [Beata] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    WT - :))))

    Szpiegowsky...sksy:) w moim wieku...ten skrót już coś innego oznacza:) bardzo go lubię zresztą:)

  • szpiegowsky

    @beata
    o co walczyć będziesz do końca?

    hmmm u nas też apv mogłoby się ładnie nazywać....

    i nie zgadnę z czym ci sksy kojarzą....

    (chociaż powiem, że siatkówka była dla mnie durna jako nieodłączny element wfu.
    za to na siatkówkę sksową chodziłam z uśmiechem na twarzy.
    aczkolwiek co zadziwiające, do dzisiaj nie umiem serwować piłki górą, tylko dołem...)

  • wesoly_terrorysta

    @Beata: nie chcę się wymądrzać (ta, jasne), ale to, o czym mówił Slawkas jest chyba nieco bardziej rozwiniętą wersją tego, o czym Ty mówisz. Bo poza BHP i organizacją miejsca pracy, dochodzą te elementy współdziałania, motywacji itp...
    Co oznacza SKS w Twoim wieku?:)

    @Szpiegowsky: to logika nie powinna być w szkole uczona jako fragment matematyki? Wydaje mi się, że w tablicach matematycznych były zdania logiczne...a na studiach jako osobny przedmiot:)
    To proponuję taki podział - Mickiewicz na zajęciach z patriotyzmu, a Sun Tzu na przedsiębiorczości. Bo tak to dzieci myślą, że pisać można tylko o tych cholernych wierzbach, ewentualnie o jakimś kurduplu z błyskawicą na czole...:)
    Łacina, powiadasz...że jesteś fanką łaciny to wiem, ale nie mierzmy ludzi własną miarą. Ja też uczyłem się kiedyś języka tylko dlatego, że mi się podobał. I zapewne językiem tym posługuje się więcej ludzi, niż łaciną. Wprawdzie to było na studiach, ale czemu nie miałbym sugerować, aby język ten był jako półobowiazkowy w podstawówce? A mówię o japońskim - więc poznawanie równocześnie z językiem kultury Kraju Kwitnącej Wiśni mogłoby zrobić wiele dobrego...Ale nie - uważam, że szkołą powinna przygotowywać do życia, ucząc potrzebnych rzeczy. Od łaciny, szachów czy historii tańca i różańca są zajęcia dodatkowe, kółka zainteresowań itp. Oczywiście, jeśli komuś się chce. Mojej nauczycielce matmy w podstawówce się chciało - i mieliśmy kółko matematyczne. Nikt jej nie płacił, ale można było sobie porozwiązywać różne trudne zadania. Chodziłem tam z przyjemnością:)
    W kwestii tłuściochów - ops, pardon - puszystych...weź mi nie mów takich rzeczy, bo wiem, że CZASEM to jest jakaś choroba. Ale w ilu przypadkach!? Natomiast cała reszta bezmózgich obżartuchów tłumaczy się jakąś "chorobą", bo w telewizorni powiedzieli, że to tak można. I potem się słyszy teksty typu: nie jem dużo, ja mam nietypową przemianę materii. Nietypową przemianę materii to mam ja, bo mogę zjeść pół cielaka zawijanego w boczek, polanego sosem grzybowym - i choćbym chciał, to nie przytyję, pozostanę wysoki, szczupły, przystojny, inteligentny i dowcipny:) Albo kolejny hit tłumaczenia sobie świata - mam gen otyłości. No bez jaj! To już wszystko można wytłumaczyć genami - jest gen otyłości, gen agresji, gen lenistwa, gen homoseksualizmu...ale jakoś przy badaniach inteligencji, jak wychodzą nieco niższe wyniki innych ras (w USA oczywiście), to nie mówi się o genach, a o ŚRODOWISKU. Magia, prawda?
    W ogóle wszystko można uznać za chorobę. Nieistotne, że to naturalne, że pewne przypadki znajdują się na skraju rozkładu normalnego. Nie - to MUSI być jakaś choroba. Jesteś gruby? Choroba. Nerwowy? Choroba. Problemy z koncentracją? Choroba. Lenistwo? Choroba. I potem rodzą się z tego wszelkiej maści dysfunkcje, jakieś dysleksje, dysgrafie, dysortografie, dyskalkulie, dysmózgowia czy inne ADHD, przyznawane hurtem dzieciakom już od żłobka. A potem dziwić się, że wyrastają z nich głąby. Ale to osobny rozdział reformy oświaty - teraz rozmawiamy o przedmiotach szkolnych:)

  • wesoly_terrorysta

    A tak jeszcze, bo wczoraj byłem na pewnym pokazie...mniejsza z tym, czego pokaz dotyczył, ale wypowiadała się pewna pani, znająca się na rzeczy. Podejrzewam nawet, że owa pani może dysponować jakimś stopniem naukowym (na tytuł naukowy za młoda była). I jakie mnie refleksje naszły? Że w sytuacjach stresowych można zapomnieć o gramatyce, że nie każdemu jest dana dykcja Krystyny Czubówny (choć za to w łęb powinni zebrać po równo poloniści i rodzice), ale w szkole (i to jak najwcześniej) powinien być przedmiot "Sztuka prezentacji". Cała teoria w formie warsztatów to pewnie raptem dziesięć - dwadzieścia godzin. Ale to zwykłe rzemieślnictwo, można się tego nauczyć (nie oczekuję, że każdy ma być Stevem Jobsem, który porwałby stadion opowiadaniem o swoim śniadaniu, do tego wczorajszym). Bo jak patrzę na to, jak różni ludzie prowadzą "prezentacje", to się za głowę łapię. Bez przygotowania, bez składu, bez sensu. Można zabić najbardziej nośny temat. Tak więc - nauka prezentacji. Obowiązkowo.

  • szpiegowsky

    @matriks
    i o tym mówię: łacina dla fanów jako przedmiot dodatkowy.
    albo jako jakieś kółko, nie każdemu sks pisany...

    też się zgodzę, z tym, że za dużo rzeczy tłumaczy się chorobą,
    rozwala mnie wysyp dyslektyków i dysortografów tuż przed maturą....
    na nieszczęście skończyły się ferie w dolnośląskim, i od dzisiaj znowu muszę co rano podziwiać ten kwiat polskiej młodzieży co rano w tramwaju, czy autobusie.
    jak słyszę ich niektóre rozmowy, to wszystko mi opada...

    i niestety zgadzam się, że większość problemów to braki w wychowaniu.
    kiedyś jak dziecko miało z czymś problem np. z czytaniem, to się siadało z nim, i tłukło czytankę aż się naumiało.
    albo czytało książkę na głos.
    dzisiaj najczęściej jeśli coś się wymaga- to oznacza, że nauczyciel się uwziął, albo co....

    logika powinna już być wcześniej.
    niektórym zdarza się jako jakiś epizod na lekcji matematyki, innym nie zdarza się wcale.
    bo potem na studiach to już jest za późno...

    w kwestii książek: kanon lektur jest w ogóle pomyłką.
    fakt, powinno być jakieś minimum z literatury narodowej, ale bez przesady.
    po co komu 4 tomy chłopów? no po co?
    fakt, że reymont był interesującym człowiekiem, i miał dość ciekawą biografię, to jeszcze nie znaczy, że należy tłuc borynę i marynę do oporu.
    fakt, uważam, że jakaś polski kanon być powinien, ale bez przesady...

    @wesoły: teraz niby nauką prezentacji jest matura.
    ale dla mnie to pomyłka, że znają tematy prezentacji i ustnych na rok PRZED egzaminem.
    bo najczęściej wygląda to tak, że odklepią co muszą, a reszta leży.

    @beata co z tym sksem?

  • wesoly_terrorysta

    "Chłopów" sobie odpuściłem w liceum, choć miałem przeczytać tylko pierwszy tom. Nie porwało mnie. Jakoś tak w trzeciej klasie liceum miałem nawyk omijania niektórych książek, ale chyba wiele nie straciłem. Całe te nudy o wsi i wsadzaniu dzieci do pieca najwyżej...

    Z tą nauką prezentacji się nie zrozumieliśmy. Temat prezentacji mogą znać nawet na dwa lata przedtem - to nawet lepiej. W końcu prezentacja to odklepanie właśnie:) Ale matura to jest prezentacja - a gdzie nauka? Tego nie ma.

    Taki jakiś niewesoły obraz szkoły się rysuje, aż się człowiek zastanawia, gdzie własne dzieci kiedyś posłać. Do jezuitów?

  • szpiegowsky

    @wesoły
    chłopów omijam szerokim łukiem, mimo, że sam reymont ciekawą osobą był.
    i samego reymonta lubię...
    ale mimo tego, że lubię czytać: ominęłam też faraona, syzyfowe prace i inne takie...

    hm, jezuici?
    salezjanie odpadają w przedbiegach bo to dresiarze są.
    godne uwagi są szkoły prowadzone przez bernardynów.

  • wesoly_terrorysta

    Faraona i Syzyfowych nie znam...ale Lalka i Przedwiośnie rządzą!
    Bernardyn to mi się kojarzy z beczułką rumu na szyi, sorry:) I nie wiem, czemu salezjanie to dresiarze - znam ludzi po salezjańskim liceum, spoko są. Ale ja tak tylko teoretyzuję, szkoły katolickie to też nie jest to...

  • szpiegowsky

    @wesoły szkoła szkole nie równa.
    są katolickie, do których w życiu bym dziecka nie posłała.
    np. żadna prowadzona przez prezentki nie wchodzi w grę. urszulańskie sa jako takie.

    ja generalnie do salezjanów mam uraz.
    uważam, że to jedno z bardziej dresiarskich zgromadzeń.
    nie bez przyczyny nawet benedykt co jakiś czas ich upomina.

    a bernardyni są spoko.
    mają dość ciekawą regułę i duchowość, i nie sa tacy hurra jak franciszkanie.
    a i szkoły trzymają poziom i pion moralny.
    i nie tylko dlatego, że mają łacinę.

  • wesoly_terrorysta

    Może się nie znam, ale od zapewniania dziecku pionu moralnego to powinienem być ja, a nie szkoła, nawet, gdyby prowadził ją sam papież. Poza tym - o ile jestem w stanie wyobrazić sobie, że prywatna szkoła wspomogłaby wychowanie mojego dziecka w taki sposób, jaki chcę, to jakoś trudno jest mi sobie wyobrazić, że szkoła katolicka przekazałaby dziecku to, o co mi chodzi. Czasem mogłaby nawet podważać moje zdanie - a to już jest zbrodnia niewybaczalna.

    Czemu dresiarskich? Co, latają z bejzbolami po mieście i wyrywają ludziom komórki?

  • szpiegowsky

    @wesoły
    znasz się znasz.
    ale ważne jest też to, jaki pion moralny prezentuje szkoła.
    zapewniam cię, że wiem to z własnych obserwacji, że jeśli w szkole źle się dzieje, to niestety i niekiedy młodziezy wpadają do głowy głupie pomysły...
    nie, żeby poza szkołą mieli same genialne, ale jak mają masę złych przykładów, to naprawdę ciężko o dobre pomysły...

    zgadzam się, że podważanie zdania rodzica, to zbrodnia niewybaczalna.

    dlatego należy starać się wybrać taką szkołę, która preferuje poglądy zbliżone, do poglądów rodzica. bo takie same to już byłby ideał....

    btw: kiedyś mi się wydawało, że potrafię być tolerancyjna wyznaniowo, ale jednak ta tolerancja ma swoje granice- właśnie w odniesieniu do wychowania i przekazywania nauk dzieciom.

  • Gość: [Beata] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    o, matko, kawałów nie słuchacie? czasami...

    SKS = starość, k...a, starość

    wychodzi babcia od lekarza, cofa sie w drzwiach i pyta
    - to, panie doktorze, co mi jest? eskaes?
    i lekarz odpowiada...

Dodaj komentarz

© Pamiętnik wywrotowca
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci